poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RAFAŁ SOLEWSKI
Pomiędzy
Bogdan Korczowski, „Kartony dla K.” Galeria Albert, Kraków, kwiecień 1997.

DL 1997, nr 6/7 (130/131)



Świat wartości stworzony został jako kraina jednoznacznych idei. Piękno, dobro czy miłość miały być oczywiste, jednoznaczne i czytelne. Od kiedy jednak słaby umysł człowieka uległ pokusie rozważania oczywistej przecież istoty tych pojęć, interpretacyjna zasłona zakłóciła dawną bezpośredniość kontaktu, budując tezę, że każdy sam decyduje o tym, co piękne i dobre. Dlatego dziś człowiek bezradnie poszukuje obiektywnej prawdy, zagubionej przez pełną pychy wiarę w moc własnego umysłu. W szczególnym stopniu dotyczy to piękna. Powołana do eksponowania go sztuka zatraciła bowiem gdzieś i kiedyś swoją rolę, stając się śmietnikiem niezrozumiałych informacji. Wciąż jednak istnieją artyści i widzowie, którzy przez intuicję, uczucia i estetyczne doznania usiłują piękno odnaleźć.

Bogdan Korczowski nazywa swe malarstwo abstrakcjonizmem symbolicznym. Wskazuje w ten sposób na dwie drogi, którymi podążając poszukuje się współcześnie piękna poprzez sztukę. Pracujący w Paryżu malarz z Krakowa, zarazem artystyczny wędrowiec, sam opowiada o swej obserwacji dotyczącej dwóch różnych sposobów odbioru sztuki. Współczesny człowiek Zachodu szuka przede wszystkim estetycznych wrażeń. Dostrzega mianowicie kompozycję obrazu, grę linii i plam, stopniowe przemiany lub kontrasty kolorów. Tymczasem Polacy wciąż chcą wyjaśniać znaczenie symboli, odczytywać treści zakamuflowane, jakby wciąż przed kimś ukryte, adresowane nie tyle do zmysłów, co do umysłu i uczuć.

W malarstwie Korczowskiego dochodzi do spotkania dwóch rzeczywistości. Już bowiem same abstrakcyjne kompozycje tworzą autonomiczny świat indywidualnej ekspresji. Olejne farby nakładane są na płaszczyznę obrazu grubo i gwałtownie. Rzadko pojawiają się kropki, prawie nigdy — linie malowane szeroko i jednostajnie. To szybkie pociągnięcia pędzlem, właściwie nerwowe uderzenia. Często farba, nie mieszcząc się już w nieregularnych granicach plamy zbudowanej bezpośrednim dotknięciem pędzla, spływa w dół tworząc naturalny ornament. Plamy i strugi budują grubą fakturę, w której pojawiają się wgłębienia, rysy i zadrapania, elementy kolejnej — rzec by można — płaszczyzny nałożonej na obraz i harmonijnie wchodzącej w skład struktury dzieła. Uderzenia pędzla pozostawiają ślady w postaci podłużnych, mniej lub bardziej zakrzywionych plam o zróżnicowanym kierunku i zwrocie, najczęściej jednak zgrupowanych w pionowo zorientowane zespoły. Wertykalizm kompozycji podkreślają właśnie strużki pozostawione przez ściekającą farbę. Wrażenie takie rozbija jednak struktura barwna, tworząca często szerokie, nieregularne, poziome pasy. Zderzenie takie potęguje ekspresyjny efekt grubej, pokrytej strużkami i rysami faktury oraz gwałtownego duktu pędzla.

Również kolor nie uspokaja obrazów. Duża grupa dzieł zdradza fascynacje autora ogniem i słońcem. Czerwienie, żółcienie i cynobry wypełniają „płomienne" kształty nieforemnych plam. Na innych obrazach spokojny błękit przemienia się w różne odcienie ultramaryny, granatu, czerni i fioletu. W efekcie powstaje chłodne i ciemne, wciąż jednak ekspresyjne napięcie. Tę indywidualną gospodarkę barwą malarz nazywa własnym koloryzmem i opisuje jako formułę wypracowaną już podczas swych podróży i pobytu w Paryżu. Właśnie bowiem bardziej jako człowiek Zachodu Korczowski operuje wyrafinowaną estetyką malarską. Poszukiwacze doznań wywoływanych przez kompozycję, fakturę, kolor i światło, pragnący odnaleźć piękno w sztuce łączącej emocje wyrazu z lekkością i wdziękiem kunsztu, znajdują satysfakcję patrząc na formalną wirtuozerię Korczowskiego.

Istnieje jednak druga sfera tego malarstwa. Wyszukana bowiem gra elementów formalnych jest w istocie tłem dla symboli. Symboli, których trudną i tajemniczą drogą do piękna i prawdy kroczyć przywykł świat, gdzie ropoczęła się twórcza droga malarza i gdzie artysta formował najpierw swą osobowość. To właśnie w tej krainie Krzyż i Gwiazda Dawida z obrazów Korczowskiego utrzymywały w owym czasie głębię swych znaczeń, utraconą w zapamiętałej w „postępie” i otępiałej przez to cywilizacji Zachodu. Tu także pojawiające się w tytułach obrazów artysty pojęcia „Nieba” lub „Edenu” nie stały się jeszcze literackimi tylko narzędziami, ale oznaczały prawdziwie istniejącą, choć trudno uchwytną rzeczywistość. „Upadek aniołów” pozostaje tu wciąż kosmiczną katastrofą zderzeniem piękna i zła, eksplozją która wyzwoliła wszechogarniające płomienie i spowodowała gwałtowny ruch planet, niwecząc regularne ich kształty. Przyczyny i skutki tego kataklizmu zdają się kryć właśnie pod motywami zmiażdżonych owali i elips, budzących tak religijno-duchowe, jak i niepokojąc erotyczne skojarzenia.

Tylko w opuszczonym kiedyś przez niedojrzałego malarza świecie płonący dom, czapka błazna — głupca, a zarazem przenikliwego wieszcza, czy nietrwałe papierowe stateczki były wciąż symbolami, przez które interpretowało się historię, własną egzystencję wpisaną w dzieje narodu, a specjalnie nawet żywot artysty. Ta umierająca dziś kraina pozostaje wciąż częścią tożsamości pracującego na emigracji malarza. Wola przyznania się do swoich korzeni ulega wyeksponowaniu kiedy twórca przywołuje Kraków w swych słowach i w swoich dziełach. Litera „K” na obrazach oznacza miasto odkryte właściwie po czasie, w pamięci intelektualnej i emocjonalnej, oglądane kiedyś oczami kierownika księgarni, hipisa wędrującego między „bunkrem" galerii Biura Wystaw Artystycznych, kawiarnią pod Krzysztoforami, kabaretem w Piwnicy pod Baranami, klubem pod Jaszczurami i kawiarnią Rio. „K” to zatem artystyczna, trochę dekadencka atmosfera dziejów Polaków, Żydów, Niemców i Włochów tkwiących mimo wszystko w zamkniętym kręgu sztuki i historii, połączonych w zdumiewającym, nobliwym i swawolnym zarazem związku konserwatyzmu i swobody. Ta właśnie specyfika, decydująca o kształcie nieporadnego trochę, lecz uporczywego poszukiwania wspólnego i jedynego piękna przez Kraków, ukrywa się pod literowym symbolem malarskiej i światopoglądowej „kolebki” artysty.

Wcieleniem artystycznej atmosfery staroświeckiego miasta stał się w oczach Korczowskiego Tadeusz Kantor. Postawa tego bezkompromisowego w sprawach sztuki twórcy, stała się dla krakowskiego, a potem paryskiego malarza przedmiotem wyjątkowej admiracji. Korczowski wprost mówi, że dostrzega w Kantorze właśnie mistrza artystycznej postawy i wzór tym bardziej godny naśladowania, że związany ze swoim wielbicielem swoistą wspólnotą losów: krakowskimi korzeniami, paryską nauką i fascynacją wreszcie niekończącymi się podróżami. W słowach młodszego twórcy „dużo podróżowałem, jeździłem za moimi obrazami i z moimi obrazami” kryje się gdzieś aluzja do paryskich wypraw niedojrzałego jeszcze założyciela Grupy Krakowskiej i do późniejszych wędrówek teatru Cricot 2. Być może nawet bardziej już „zachodnia” fascynacja postacią i rolą poznanego w Ameryce szamana Navajo, który w sztuce ceni wyłącznie chwilę tworzenia i który pozostawić może jednego zaledwie ucznia, jest inną formą wiary w postać genialnego i niepowtarzalnego artysty, głoszącego prymat „procesu" powstawania sztuki i gardzącego swymi epigonami. Kultem darzy Korczowski Kantora także za jego paradoksalną rolę niedocenianego ambasadora Krakowa i lekceważonego Stańczyka sztuki, który wciąż podróżując i wszędzie odnosząc sukcesy, nigdy nie porzucił swego miasta, nie zawsze wdzięcznego przecież za swą artystyczną obecność w całym świecie, możliwą właśnie dzięki podróżom Kantora, który — jak mówi Korczowski — w swej walizce woził ze sobą swoją sztukę i swoją rzeczywistość, a w niej właśnie Kraków.

Siermiężny, „najniższej rangi” — jakby powiedział Kantor —walor zużytego i wyświechtanego, podróżniczego rekwizytu, czy może raczej w ogóle sztuki krakowskiego demiurga, stał się także bezpośrednią już inspiracją dla sztuki Korczowskiego. Otóż duża część obrazów tego twórcy malowana jest na zwykłych kartonach, które podczas wystaw po prostu przybija się do ścian gwoździami. Zdarza się także, że papierowe stateczki przylepiane są do kartonu, wchodząc w skład collage'u, techniki tak lubianej przez Kantora. Wyjątkowa rola tego artysty dla twórczości i dla światopoglądu wędrującego po świecie paryżanina i krakowianina zarazem, wyeksponowana została wreszcie bardzo już bezpośrednio. Korczowski napisał mianowicie list do „Pana K." List zawiera krótkie, lecz celne, własne analizy malarsko-teatralnych działań Kantora. Przede wszystkim jest jednak wyrazem żalu i gniewu niemal, wypominaniem artyście jego śmierci, jego odejścia w chwili, kiedy — jak zawsze zresztą — jego wizyta w Paryżu tak bardzo była oczekiwana. Pendant do tej „korespondencji” staje się cykl „Kartonów dla K”., swoisty hołd złożony własną sztuką twórcy, którego odejście wzbudziło tak bolesne emocje. Ta właśnie kartonowa seria pojawiła się wreszcie w Krakowie, by w niewielkiej przestrzeni Galerii Albert Klubu Inteligencji Katolickiej pokazać jedną z niewielu nieznanych jeszcze dziedzin związanych z życiem i sztuką Kantora. Okazało się bowiem, że ten pozornie nieprzystępny, trudny i konfliktowy człowiek stał się mimo wszystko wzorem i inspiracją dla innych artystów, źródłem, z którego jednak można czerpać.

K to zatem Kraków, Kantor, kartony i wreszcie sam Korczowski. To właściwie stworzony przez malarza nowy symbol jego sztuki i jego artystycznej tożsamości, która choć budowana w oparciu o różne doświadczenia, wciąż pozostaje ściśle związana z krakowskimi „korzeniami twórcy”. Wystawa w Galerii Albert pokazała bowiem pośrednio tylko Tadeusza Kantora. Przede wszystkim przedstawiła Bogdana Korczowskiego. Jednego z polskich malarzy, którzy decydując się na kontynuowanie swej artystycznej drogi poza Polską, znajdują się pomiędzy dwoma wciąż jeszcze różnymi światami. Korczowski dobrze uświadomił sobie tę różnicę i stara się znaleźć swe miejsce w przestrzeni rozdarcia. Pozostając w nurcie twórców, którzy w opozycji do powierzchownej, postmodernistycznej fascynacji pustą formalną grą, usiłują poszukiwać utraconych przez współczesną sztukę wartości. Korczowski, o czym była już mowa, odkrywa i eksploatuje swe korzenie. Rezultatem tej inspiracji są symboliczne motywy, które z kolei wpisują się w pełną ekspresji, abstrakcyjną grę kształtów i kolorów, co jest wynikiem późniejszych już doświadczeń. Ten związek bywa harmonijny, lecz chyba częściej pojawia się wrażenie kontrastu, czy nawet pewnego dysonansu. Korczowski uświadamia bowiem różnicę, która wciąż istnieje pomiędzy światem symboli a krainą estetycznych doznań. Zarazem łączy i przeciwstawia te rzeczywistości. Wykorzystuje je, lecz nie daje odpowiedzi, która z nich jest mu bliższa. Rozdarcie bowiem ukazuje nie tylko różnicę, lecz także drogę „pomiędzy", która daje szansę ominięcia zasłony interpretacji, smaków, gustów i stylów. Obok zatem formalnego kunsztu i dojrzałej umiejętności użycia znaku, to właśnie rewelatorskie zderzenie i zbudowana na nim filozoficzna wskazówka stają się indywidualnymi walorami sztuki i jego drogi ku prawdzie i pięknu.



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas